Artyści na scenie i na boisku
Mirosław Kłosiński i Joanna Tylkowska w przedstawieniu „Mądra”
Mirosław Kosiński to artysta szczecińskiej opery i operetki. Na scenie spędził ponad 30 lat. Śpiewak o głosie barytonu opowiada Prestiżowi o operze i swoim siostrzeńcu Robercie Lewandowskim, który zaczyna świecić ale na piłkarskiej europejskiej scenie. Dlaczego te dwie niby odmienne profesje - opera i piłka nożna - mają ze sobą wiele wspólnego?
Mirosław Kosiński przyjechał do Szczecina w 1979 roku po ukończeniu Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Łodzi jako obiecujący baryton. Dlaczego do Szczecina? – Bo wiedziałem, że tutaj prężnie rozwija się teatr muzyczny z nastawieniem na operę i operetkę, i od razu będę miał możliwość występów na scenie. Koledzy po ukończeniu studiów wybrali inne miasta, ale tam miał kto występować – mówi. W Szczecinie pracy było pod dostatkiem. Kosiński przyznaje, że były też bardziej przyziemne powody wyboru Szczecina. Łatwiej było tutaj otrzymać mieszkanie, niż w innych miastach w Polsce. Pracy jakiej chciał młody artysta, doczekał się bardzo szybko. W kwietniu znalazł się w Szczecinie, a już w maju zadebiutował na scenie. – To była główna, tytułowa rola w operze Karola Kurpińskiego „Henryk VI na łowach”, której koledzy ze studiów bardzo mi zazdrościli – wspomina.
Spełniony baryton
Baryton szczecińskiej opery czuje się śpiewakiem spełnionym. – Wszystko co było do zaśpiewania dla barytona, to śpiewałem. Byłem więc baronem Scarpią w Tosce, ojcem Germont w Traviacie, torreadorem Escamilio w Carmen, z którą to rolą zwiedziłem kawał Europy – wylicza.
Z lżejszego repertuaru Kosiński najmilej wspomina rolę doktora Falke w Zemście Nietoperza. Może ominęły go niektóre wielkie sale operowe w Europie, ale i tak ważniejsza jest ocena i przyjęcie publiczności. – Wszystko potoczyło się tak szybko, że teraz... jestem na emeryturze, ale nie wyobrażam sobie bezczynności. Nadal śpiewam, organizuję koncerty, a także pracuję z młodzieżą w społecznej średniej szkole muzycznej w Szczecinie – dodaje. Już tutaj można znaleźć pierwsze podobieństwo zawodu śpiewaka i piłkarza. Po zakończeniu kariery jeden i drugi może kształcić swoich następców.
Powstrzymywał napastników... głosem
Gdy pytamy go o talent do sportu tylko się uśmiecha. – Oj, do gry w piłkę nożną nie miałem predyspozycji, no może poza... głosem. Gdy graliśmy w piłkę na podwórku, zwykle z racji słusznej postury, wystawiano mnie do obrony. I wówczas jak krzyknąłem swoim niskim głosem do atakującego naszą bramkę napastnika „nie rusz, nie rusz!”, to potrafiłem go skutecznie odstraszyć – mówi ze śmiechem.
Natomiast kibicowanie wciągnęło artystę już dawno. – Kiedy studiowałem w Łodzi, chodziłem zarówno na mecze Widzewa i ŁKS – wspomina. – Co przy podziale i antagonizmach kibiców obu łódzkich drużyn nie było często spotykane. A kiedy przyjechałem do Szczecina, to na początku lat 80-tych trafiłem na dobre czasy Pogoni. Nie dość, że grała dobrze, to i na stadionie nie było chamstwa jak teraz – mówi.
Kopał piłkę od rana do nocy
Dodatkowym bodźcem do śledzenia piłki nożnej była coraz szybciej postępująca kariera jego kuzyna Roberta Lewandowskiego. Obecnie reprezentanta Polski grającego w zespole aktualnego lidera Bundesligi, Borussii Dortmund.
– Kibicowałem wszystkim drużynom w których grał i gra obecnie. A więc gdy był w Zniczu Pruszków, gdy walczył o króla strzelców I ligi, a później trafił do Lecha Poznań. Choć przyznam, że w Poznaniu nie byłem na żadnym jego meczu, bo w weekendy kiedy grali piłkarze, ja też zazwyczaj występowałem na scenie – mówi.
Niedawno była znakomita sposobność do rodzinnego spotkania w Szczecinie, przy okazji wizyty Roberta z reprezentacją Polski na meczu z Kamerunem. O wizycie w domu nie było mowy, bo trener nie zwalnia piłkarzy. Razem z żoną i córką Mirosław Kosiński odwiedził Roberta w hotelu.
– Piłka zawsze była jego życiem – mówi pan Mirosław. – Pamiętam, gdy jako chłopiec przyjeżdżał na wakacje, to rano zjadał śniadanie, wychodził, kopał piłkę, wracał do domu na następny posiłek i znów wychodził żeby grać w piłkę. Cały czas też rozmawiał o piłce, więc było wiadomo, że jej poświęci całe swoje życie – wspomina ze śmiechem.
Zaśpiewa na ślubie
Sam Robert kilkakrotnie w rozmowie z nami przyznał, że częściej odwiedzałby rodzinę, również tą w Szczecinie, ale z powodu braku czasu nie jest to możliwe. Dlatego często zaprasza ukochaną mamę na swoje mecze. W Poznaniu pani Iwona była obecna prawie na każdym meczu syna. Teraz ze względu na odległość jest trochę gorzej, ale trzy razy widziała już z trybun mecze Roberta w Bundeslidze. A może czyni to rzadziej bo wie, że Robertem... ma się kto zatroszczyć. Piłkarz mieszka w Dortmundzie ze swoją dziewczyną Anią (Anna Stachurska uprawia z sukcesami międzynarodowymi karate – przyp. red.). Daty ślubu na razie nie ustalili ale pan Mirosław już teraz deklaruje. – Zaśpiewam na ślubie Roberta jeśli mnie poprosi! Nigdy nie robię tego na spotkaniach towarzyskich, bo taką mam zasadę ale dla niego zrobię wyjątek. Tym bardziej, że chyba nigdy mnie nie widział na scenie – dodaje szczeciński śpiewak.
Jerzy Chwałek (autor jest dziennikarzem sportowym Super Expressu)




